Andaluzja 2019

Wycieczka rowerowa z Malagi do Sewilli przez Gibraltar i Kadyks. Lot tam 26.04.2019 17:30 Z Warszawy do Malagi z przesiadką w Kopenhadze. LOT+SAS Powrót 07.05.2019 19:25 z Sewilli do Modlina bezpośrednio Ryanerem

24.04 dwa dni przed

Stres przedywcieczkowy dopadł mnie już dwa dni przed odlotem, kiedy to montowałem Joannie Bagażnik i okazało się iż gwinty do montażu bagażnika wpadły do środka i nie da się śrub ani wkręcić ani wykręcić. Szybka decyzja – szlifierka kontowa, śruby ucięte. Dalej wiertarka otwory na wylot dwie dłuższe śruby nakrętki i gotowe. Stres niestety nie o dopuszczał co przejawiało się bieganiem po domu: piętro, parter,garaż i szukania a to wędki a to kuchenki. Na koniec przeszukałem wszystkie zabawki w poszukiwaniu akumulatorów na wyjazd. Kolo pierwszej w nocy miałem jeden 21 kilogramowy worek.

25.04.2019 Dzień przed
Dzień przed wylotem składanie i pakowanie rowerów. Złamany klucz od pedałów. Szybka wizyta w markecie budowlanym po dwie piętnastki płaskie i drugie podejście do odkręcania pedałów. Jeszcze tylko przedłużka do klucza no i poszło. Dalej już z górki 30 minut i oba rowerki spakowane.
Wyglądają tak

6.04.2019 Dzień wylotu
Rowery, sakwy i worki już na samochodzie.

A ja do dzisiaj myślałem, że dwa poprzednie dni były stresujące, tak właśnie myślałem do puki nie chciałem się odprawić w aplikacji SAS i zobaczyłem, że piloci tej właśnie linii zaczęli od dziś strajkować i 70 % lotów zostało odwołane. Wykonałem mnóstwo telefonów i nic się nie dowiedziałem a odpowiedź na email była taka. „Odpowiemy w ciągu 24 godzin” Trudno lecimy chociaż pierwszą część lotu do Kopenhagi którą obsługuje LOT a dalej zobaczymy. Najwyżej zostaniemy w Danii.
Żeby nie było kolorowo na Okęciu nie obyło się bez problemów. Najpierw skierowali nas do największej kolejki z racji tego że dużo bagaży. Po 30 minutach Pani stwierdziła iż rowery są nie opłacone i mamy opłacić w kasie. Wycieczka do kasy ze wszystkimi tobołami. A Pani w kasie stwierdziła że jest ok bo są w ramach bagażu rejestrowanego. Z powrotem do odprawy na szczęście bez kolejki, Pani dostała zgodę na rowery od kas i już zaczyna działać. Po wydrukowaniu kwitów na rowery i resztę bagaży troszkę pokręciła nosem na naszą przyczepkę ale jakoś poszło. I na koniec najlepsze dostaliśmy karty pokładowe STANDBY czyli oczekujemy czy będzie miejsce dlatego bo odprawiliśmy się jako ostatni. Ale nie martwcie się mówi Pani jak nie tym to następnym polecicie. Na szczęście polecieliśmy tym. Gabryś jeszcze został sprawdzony czy nie miał ostatnio kontaktu z materiałami wybuchowymi i po krótkim locie jesteśmy w Kopenhadze. Ale co tam przeżyliśmy a szczególnie ja to już był hard kor. Po wyjściu z samolotu patrzyłem sobie spokojnie przez okno jak Pan ładuje nasze rowery, bagaże i przyczepkę na wózek bagażowy. Jak wózek odjechał a my ruszyliśmy zorientowałem się iż wcale nie mamy dużo czasu bo przecież nie jesteśmy odprawieni do Malagi a jeszcze musimy przecież odebrać wszystkie bagaże i nadać jeszcze raz. No i się zaczął lekki trucht. Lotnisko długie jak niekończące się centrum handlowe. W końcu znaleźliśmy odbiór bagaży, ale naszych nie ma. I biegamy od taśmy gdzie maja być bagaże Warszawy do okna gdzie wydają ponad wymiarowe. Ja z Tymkiem na barana i Gabrysiem za rękę a Asia z wózkiem lotniskowym z podręcznymi. Biegamy razem bo żona ma padnięty telefon gdyż spakowałem dzień przed obie ładowarki i nie miała czym naładować. I po kilku razach wreszcie informacja na monitorze, że bagaże będą opóźnione. Nie zdążymy się odprawić. Ok biegniemy znowu do okna z ponad wymiarowymi, ja z dziećmi pierwszy Asia z tylu i nagle odwracam się nie ma jej. Myślę może zobaczyła bagaże i się wróciła no to wracamy i my. Nie ma jej nigdzie. Czyżby wyszła? Ale po co przecież nie odebraliśmy jeszcze nic. Biegnę do okienka i mówię, że zgubiłem żonę i proszę żeby nadał komunikat przez mikrofon. Koleś mnie uspokaja i pyta jak się ona nazywa. Mówi Joanna Bargiel ale tak nie wyraźnie, że sam nie rozumiem. Czekam może zaraz przyjdzie. Bagaży nie ma Asi nie ma a zaraz zamykają bramki do Malagi. Na szczęście jest sms od SAS o przesunięciu o 30 min godziny odlotu do Malagi. Ok ale gdzie ona jest? Nagle patrzę jest nasza przyczepka w okienku i są rowery. To szybko dzieci w przyczepkę rowery na wózek i biegnę do taśmy i czekam na worki. Nie ma ich. I słyszę komunikat ze swoim imieniem i nazwiskiem żona czeka przy informacji. Czyli jednak wyszła. Ok to lecę i ja ale przed wyjściem patrzę, że już tu nie wrócę o co będzie z workami? Dobra trudno aby zdążyć a dalej będziemy się martwić później. Asia jest przy informacji mówi że wyszła bo widziała jak my wychodzimy. Biegniemy odprawić rowery wielka kolejka ale prosimy pana żeby ktoś się nami zajął obok. Udało się mamy karty i naklejki na rower. Pytamy co z naszymi kolejnymi bagażami z Warszawy a Pan mówi, że nic na ten temat nie wie. Biegniemy z rowerami nadać ponad wymiarowy udaje się szybko. Dalej do odprawy celnej i prześwietlenia. Zostało do odlotu 12 minut a jeszcze trzeba znaleźć wyście D1 a gdzie ino jest? Na szczęście trafiła się Pani która pobiegła z nami prowadząc nas. Po drodze słyszymy komunikat Family Bargieł proszeni do wyjścia D1. Jesteśmy na miejscu a Pani przy wyjściu mówi, że wózek jest za duży i nie możemy go wziąć to ja go składam i mówię że wcale nie jest taki duży. Pan z obsługi samolotu się śmieje ale Pani z kamienną miną mówi że można wziąć małą parasolkę. Ale po chwili mówi że ostatni raz puszcza taki wielki wózek i pyta czy zrozumiałem. Potwierdzam wnoszę wózek z Panem do samolotu. Wracam po Asie i dzieci i podręczne i jesteśmy już w samolocie o 21:21 czyni minuta po zaplanowanym starcie.Ja spocony jak po półmaratonie a kapitan nas wita i mówi relax. No i lecimy do Malagi. Ale co będzie na lotnisku mamy wózek i rowery. Nie mamy namiotu śpiworów materacy power banków i ładowarek. Myślę sobie trudno pojedziemy gdzieś może i i coś wynajmiemy. Ale zaraz sobie przypominam ze nie mamy pedałów ani klucza żeby skręcić rowery. No to śpimy na lotnisku. Lot jest przyjemny obsługa bardzo miła. Przez jakiś czas ląduje Asi telefon przez takie małe coś dzięki czemu podłącza się do telefonu pendrvie ładuje się fajnie z gniazdka w fotelu i wszystko było by fajnie gdyby nie fakt iż to coś ma centymetr długości i muszę cały czas trzymać telefon w ręku. I w końcu pytam kolesia przed nami o kabelek. Super ma podłączam telefon. Później wszyscy trochę śpimy. W końcu komunikat, że za 20 minut lądujemy. Asia wyszła pierwsza z Tymkiem bo bardzo płakał, pewnie ciśnienie w uszach mu dokucza. Ja z Gabrysiem wychodzę na końcu bo przecież się już nigdzie nie spieszymy a wręcz przeciwnie aby do rana. Może bagaże przylecą jutro, bo tak właśnie gdzieś słyszałem, że bagaże lecą za pasażerami jak nie od razu to zaraz następnym lotem. Czekamy na rowery i przyczepkę. Wychodzi na taśmie przyczepka za nią rowery i co dalej ? Są nasze worki ze wszystkim. Jesteśmy ocaleni nie śpimy na lotnisku. Szybko składam rowery i ruszamy kolo 2:30 szukać miejsca na rozbicie namiotu i koło 4:00 leżymy już w namiocie pod palmą.

27.04 dzień pierwszy

Spaliśmy prawie do 10. Słońce strasznie praży już od rana. Mały rekonesans terenu i okazuje się, że jeszcze kilometr i spali byśmy na plaży tak jak planowaliśmy. Ale pod palmą też było ok a o 3 rano po takich wydarzeniach, każdy kawałek trawki się nadaje. Co jemy dziś na śniadanie? Śledzie się wylały. No to jemy śledzie w oleju bez oleju. Długo jedliśmy jeszcze dłużej się składaliśmy. Zauważyłem mały ubytek po transporcie rowerów – brak jednej szprychy w moim przednim kole. Ale kto by się przejmował jest ich jeszcze tak dużo. Ruszamy na tę pobliską dziką plażę. A tam już w porównaniu do tego co działo się na lotnisku nuda. Tylko woda, kamienie, duże muszle zapach palonej marihuany i cycki. Tak tak dobrze czytasz dużo kobiet opalających się toples. Ale fotek nie mogę wrzucić bo RODO. Woda zimna jak u nas w Bałtyku pewnie ze 16 stopni. Ale stopki nawet Tymek moczył. Gabryś założył piankę i wpadł do wody jak dzik w żołędzie kopał w piasku jak piesek i nie było lekko go w tej wody wyciągnąć.

Z płaczem ale się udało, pomogło to, że cały czas będziemy jechać przy morzu i będzie się kąpał codzienne. Nagle zbroiło się późno a my dziś jeszcze praktycznie nic nie przejechaliśmy. Ruszamy, po drodze jeszcze tylko wizyta w decatlonie po gaz i jedziemy wzdłuż morza w kierunku na Gibraltar. Widok ze ścieżki nieziemski palmy może i cały czas plaże. Po jakimś czasie dojechaliśmy do kempingu. Nie był jakiś wspaniały i nie miał trawki tylko wszędzie kamienie. Ale mamy pompowane materace tak wiec damy radę. Rozbijamy namiot zjadamy duży obiad kupiony w Hiszpańskim lidlu, ryż smażony z jajkiem i kotleciki z kurczaka chyba w jakiś płatkach albo kukurydzy.

Nie wiem dokładnie ale były pyszne. Wszyscy głodni zajadamy się ma maxa. Po kolacji jeszcze rodzinny wypad pod gorący prysznic a potem wszyscy padnięci idziemy spać.
28.04 dzień drugi
Rano żona biega już od 7, myje włosy bo wieczorem było bardzo zimno składa ubrania i szykuje nas do wyjazdu a ja z chłopcami śpimy do 9.
Po przebudzeniu robię pyszną jajecznicę. Później poznajemy starsze małżeństwo z Holandii na kempingu który przyjechali tu aż 3000 kilometrów w jedną stronę. Z początku myśleli, że my jesteśmy Francuzami i nawija do mnie po francusku. Ja odpowiadam, ze nie mówię po francusku, to on zmienia język na Włoski ja nadal się patrze na niego jak by próbował mi wytłumaczyć teorię względności i mówię, że jesteśmy z Polski. Pan bardo zdziwiony, że nie jesteśmy z Itali i mówi że Polacy są bardzo Oryginalni. Pogadaliśmy trochę jeszcze,żegnamy się i ruszamy w dalszą drogę. A jak po drodze są takie plaże i 40 stopni ciepła pokazuje mi na liczniku to jak się tu nie zatrzymać.

Nadmuchałem biedronkę z biedronki dla Tymcia i plażowaliśmy sobie przez jakiś czas. Próbowałem łowić ryby lecz miałem zaczep i wędka pękła przy przy próbie odczepienia.
Po kilku godzinach ruszamy dalej, łapie pierwszą gumę w przednim kole
Fot łatanie gumy

Po szybkim serwisie jedziemy dalej wzdłuż drogi ekspresowej A7 za barierką. Niestety zaczęło robić się bardzo wąsko i przy każdym słupie Asia musi mi pomagać przejechać przyczepką. Spotykamy na tej wąskiej drodze czarnoskórego chłopaka, który zauważył, że mp3 wypada z przyczepki i ją poprawia. Za jakiś czas chłopcy budzą się z płaczem i Asia mówi daj im telefon z bajkami żeby się uspokoili. Nie dużo dalej na wąskiej drodze pojawia się głaz, który się urwał ze zbocza.

Nie ma jak po przejechać. Asia prosi o fotkę przy głazie a ja patrzę na uchwyt przy rowerze gdzie cały czas trzymam telefon – nie ma go. Gdzie mój telefon? I co my pomyśleliśmy, ludzie, którzy nie są ani trochę rasistami? To pewnie ten murzyn wziął! A biedny murzyn nic nie wziął bo przecież telefon jest u dzieci w wózku. Tak więc po przepraszamy Pana za niesłuszne oskarżenie. Przenosimy przyczepkę przez głaz i jedziemy dalej. Nie za długo niestety bo zaraz droga robi się tak wąska że nie da się jechać. Szukamy bocznych alternatyw lecz są bardzo bardzo strome. Na szczęście spotykamy rodaka Grzegorza który tu mieszka i mówi, że ludzie jeżdżą tą a7 rowerami i skuterami 50 cm. No cóż jedziemy i my. Kilka aut na nas trąbi ale mimo to jakoś docieramy do Marbelli.

Wbijamy się na pierwszą plażę i rozbijamy namiot. Kupujemy na kolacje w barze na plaży papas fritas (frytki) i kładziemy się spać.

29.04 dzień trzeci

Noc spokojna ale zmarzłem trochę. Asia wręcz przeciwnie było jej gorąco. Z rana budzi nas traktor z maszyną czyszczenia plażowego piasku ze śmieci. W necie czytam iż oficjalnie drogą a7 nie można rowerem choć policja przymyka na to oko i wiele osób jeździ. Po śniadaniu z kanapki ze stacji paliw ruszamy dalej.Ruszamy przez miasto bardzo fajną ścieżką rowerową. Trafiamy na Market zrobimy porządne zakupy a chwilę dalej zatrzymujemy się na porządne śniadanie z deserem truskawek. Naszym śniadaniem zainteresowały się również mrówki z czerwonymi głowami, które mocno gryzą, tak więc szybko zjadamy i lecimy dalej. Próbujemy jechać z boku ekspresówki, lecz to alternatywa się niedługo kończy dzieci się budzą. Zjeżdżamy na plażę w Guadalmina już zostaniemy a do Gibraltaru jutro ruszymy dalej jakimś busem. Ponieważ innej opcji niż ekspresówka nie ma. Plaża jest bardzo kamienista wyciągniemy rowery od baru i rozkładamy na namiot.

30.04 dzień czwarty

Namiot postawiliśmy tak blisko morza, że wychodziłem w nocy kilka razy sprawdzić czy nas nie podmywa. Na szczęście fal, mimo iż większa niż wieczorem miała do nas jeszcze ze trzy metry. Wstałem trochę wcześniej niż reszta i nadgoniłem trochę z pisaniem bloga. Później wstała reszta grupy i zjedliśmy płatki na czymś co miało być z założenia mlekiem, ale nim nie było. Było natomiast słodkie szarawe i nie zbyt smaczne, ale i tak każdy zjadł swoją porcje. Fale były z rano bardzo duże, na tyle duże, że Asia chciała pływać na desce, ale mieliśmy niestety tylko do krojenia i to małą, tak więc musiała się obejść bez surfingu. Po śniadaniu jedziemy do Estepony żeby z stamtąd złapać busa na Gibraltar. Jedzie się bardzo dobrze i szybko i w 30 minut jesteśmy na miejscu. Plaża w Esteponie jest genialna i niedużo na niej ludzi.

Woda jak by trochę cieplejsza I może to przez to a może przez pobliski działający prysznic, pod którym można po kąpieli spłukać sól z ciała w końcu cały się kąpię. Gabryś też się Słońce mocno grzeje a cienia nie ma ani skrawka. Asia buduję świetna altanę z plandeki i siada sobie pod nią z Tymkiem żeby wrzucić coś na ząb.Posiłek Joanny

Andaluzja-2019-0516

Mój posiłek

Andaluzja-2019-0490

Na plaży poznajemy Rosjankę, 20 lat mieszkającą w Esteponie, która podziwia konstrukcję Joanny. Są z nią dwa psy, biały starszy mało ruchliwy labrador i czarne coś podobnego do jamnika (nie zbyt długi) który biega za piłką jak by był na spidzie. Lecz nawet naspidowany jamnik zmęczył się po godzinie zabawy kiedy piłkę do rzucania przejął Gabryś. Wrzucał ją do wody i na plażę a nawet raz ją zakopał, lecz jamnik bez problemu ją zaraz wydostał. No ten jamnik nie chce już biegać bo ledwo dyszy a Gabryś za nim biega i go szturcha i pokazuje mu piłkę i podrzuca lecz on miał naprawdę dość. Po plażowaniu bierzemy szybki prysznic z Gabrysiem i postanawiamy jednak dalej jechać rowerami. Przez całe miasto jest wielka dwukierunkowa niebieska ścieżka z napisami zwolnij i wykrzyknikami przed każdym skrzyżowaniem. Jedzie się super są światła z sekundnikami. Nic jednak co piękne nie trwa wiecznie i ścieżka nagle znika i musimy jechać ulicą. Nie jest wcale tak najgorzej, jest małe pobocze a ruch jak by mniejszy. Tak więc mimo jednej morderczej górki pod koniec robimy dziś 50 km. Po drodze mijamy jeszcze kilka fajnych rond z różnymi figurami na ich środkach. Jak choć by pająki, statek czy kotwica. Pod wieczór docieramy do miasteczka Torreguadiaro gdzie docieramy długim drewnianym mostkiem na którego końcu jest duża altana gdzie będą spały nasze rowery i przyczepa a my tuż obok. Potem jeszcze spacer po plaży i zbieranie innych kolorów muszelek, kolacja i spać.

01.05 dzień piąty

Noc bardzo nie spokojna. Przez to, że mocno wiało Asia myślała, że ktoś chodzi koło namiotu a ja biedny musiałam co chwilę wychodzić z nożem i ganiać wiatr bo niczego innego nie było. Poranek rześki i pochmurny. Przebudziły nas młode dziewczyny wędrujące mostkiem na poranny aerobik na plaży gdzie spędziły tam dobrą godzinę. Po śniadaniu ruszyliśmy dalej i wtedy jeszcze nic nie zapowiadało tego co miało się wkrótce wydarzać. Jedziemy boczną asfaltową drogą dokoła duża plantacja pomarańczy, przejeżdżamy most i mocno z górki i skręcamy w prawo bo nawigacja mi tak pokazuje. I to był mój błąd bo mogłem skręcić w lewo. I jak to zawsze bywa po górkach dalej trzeba pod górkę i to ostrą, kręcę zmieniam na najlżejsze przełożenia kręcę jeszcze dalej i staje w miejscu. Myślę sobie ktoś mnie trzyma tam z tyłu ? ale nie to ta górka. Zaczynam pchać mój zespół pojazdów lecz nie daje rady nawet pchać i to po raz pierwszy lecz nie ostatni. Na szczecie pan grzebiący coś przy słupie elektrycznym pyta AJUDA? A ja kiwam tak ajuda. No i mi pomógł wepchać do następnego zakrętu. Czekam tam na Asie która z trudem wpycha swój rower skręcamy w lewo i co ? Kolejna tak samo stroma i wielka górka. Asia rzuca swój rower i pchamy najpierw mój zespół a potem wracam po jej rower. Po odsapnięciu skręcamy w prawo na szuter. Z początku jest fajnie szeroko i bardzo przyjemnie się jedzie po płaskim po takich górkach. Później droga zaczyna być coraz węższa i bardziej kamienista no i zaczyna się piąć do góry. W końcu wjeżdżam w taką wąską i z wielkimi głazami, że nie jestem w sanie przejechać dalej z wózkiem. Pamiętam, że chwilę wcześniej było odbicie w lewo może lepsza? Biegnę do niej i sprawdzam, jak jest. Jest lepiej przynajmniej z szerokością, ale głazy też są. Zawracam moim duetem choć to ni takie łatwe i prowadzę go do tej szerszej ścieżki. Dalej jest przez chwilę lepiej choć bardzo pod górę. Wszyscy zaczynamy się robić po mało głodni a niektórzy trochę szybciej. Jedziemy dalej a raczej już tylko pchamy. W końcu robi się tak stromo i kamieniście, że muszę rozpiąć mój zespół pojazdów i prowadzić wszystko po kolei. Najpierw rower potem przyczepkę z Tymkiem bo Gabryś idzie pieszo, żeby było lżej aż w końcu jak Asia nie daje rady wracam jeszcze po jej rower i tak po 30 metrów i od początku. W końcu docieramy chyba na sam szczyt tej góry i kawałek daje się jechać. Wszyscy są już tak głodni, że się buntują i mówią, że się dalej nie ruszą bez jakiegoś obiadku. Nie mamy dużo wody, bo tylko 2 litry a Asia chce gotować kalafior. Ja się sprzeciwiam, bo co, jeśli będziemy tu w tych górach musieli zostać na noc? No to ona to ugotujemy go w mleku, bo mamy też litra już normalnego nie tego słodkiego niedobrego. No i tak właśnie robimy gotujemy kalafiora na mleku a potem, żeby nie marnować płynu w tym samym gotujemy jeszcze tortelini. Mówię wam ależ ten kalafior smakował na tym mleku i do tego jeszcze masełko no palce lizać. I tak dokładnie było, że lizałem praktycznie tylko palce, bo chłopaki prawie wszystko zjedli, kiedy ja podczas gotowania się kalafiora poszedłem na zwiad, gdzie dalej mamy jechać. Dlatego musiałem zadowolić nie do końca ugotowanym toretlini ale też było całkiem niezłe.

Znalazłem bramkę z drutu kolczastego i się przeraziłem, że będziemy musieli wracać po tych strasznych wertepach, ale gdy podszedłem do bramki jeszcze raz zauważyłem, iż łatwo będzie ją otworzyć i przejechać dalej i tak właśnie robimy. Dalej kolejna loteria w lewo czy prosto? obie wyglądają, że idą lekko w dół. Dobra wybieramy podczas głosowania tą prosto i po kilometrze okazuję się, że to nie był najlepszy wybór, bo znowu droga zaczęła się piąć w górę. Ale wracać? Nie, jedziemy dalej. Do zmroku coraz bliżej a my nie mamy praktycznie chleba i tylko 2 litry wody i na dodatek nie wiadomo czy tu jacyś wilcy czy niedźwiedzie w nocy nie hasają. W pewnym momencie dostrzegam dwóch kolesi na wielkich koniach. Myślę sobie jesteśmy ocaleni zaraz nam pomogą a oni nie w ząb po angielsku tylko po Hiszpańsku coś szwargoczą. No ta ja za telefon i próbuję im coś wytłumaczyć, że się zgubiliśmy i szukamy zejścia z tej cholernej góry. Na migi wytłumaczyli, że jadąc cały czas prosto będziemy jechać cały czas szczytem góry dokoła i bardzo daleko, a jak chcemy zjechać to w prawo trzeba za jakiś tam czas. I se pojechali a my zostaliśmy z niewiele większą wiedzą niż mieliśmy. Al. Ruszamy i za kilkaset metrów jest w prawo i trochę w do. Widać gdzieś w dole jakie drogi, ale co z tego jak nie wiadomo czy tedy do nich dotrzemy. Później drogi znów się rozchodzą i co teraz? Wybieramy złą opcję, bo za chwilę brama z kłódką i nikogo w pobliżu. Wracamy po drodze jest dużo pasących się brązowych krów, które to Asia wzięła z początku za byki, ale dojrzałem cycuszki i spokojnie koło nich sobie przejeżdżaliśmy. Dalej znowu rozjazd. Nie ryzykujemy z rowerami, żeby wracać z nimi pod górkę. Tyko zostawiamy rowery i Asia idzie kawałek w prawo a ja biegnę w lewo z kilometr, ale niczego się nie dowiaduję prócz tego, że droga idzie w dół i jest niezła, lecz prowadzi do lasu. Asi droga jest też nie najgorsza i wybieramy tą jej, bo idzie kierunku dróg, które widać w oddali i jakiś budynków. Zjeżdżamy i jest tak stromo, że Asia z chodzi często z roweru, żeby się nie przewrócić ja zjeżdżam cały czas na dwóch hamulcach na stojąco, lecz czuję pod manetką, że klocki przy tych zjazdach dostały już nieźle po dupie i cieszę się, że wymieniłem z tyłu przed wyjazdem, mimo iż nie były zerowe. W końcu dojeżdżamy do jakiegoś rancza, lecz niestety przed nim jest wielka brama kłódka i jakiś tabliczka z napisem po hiszpańsku, lecz to na pewno nie witajcie turyści tylko raczej nie ma przejścia. Ale widzę daleko w dole jakiś ludzi kręcących się po ranczu krzyczę do niego najpierw OLA potem AJUDA jeden mnie spostrzega, lecz po sekundzie mnie olewa i zajmuje się swoją robotą. W siatce obok bramy jest dziura zaraz przez nią przejdę, lecz tam biegaj psy i dwa z nich przychodzą do nas i przechodzą na naszą stronę przez dziurę. Na szczęście są nie groźne jeden z nich to czarny labrador a drugi jakiś mały kundelek. Gabryś już szczęśliwy gania się z pieskami rzuca im patyk i gania się z nimi po łące. Ja podejmuję ryzyko i przechodzę przez dziurę w siatce i idę w dół do budynków, mimo iż widzę tam jeszcze kilka psów. Wchodzę na podwórko przed domem jest tam dwoje dzieci i jacyś dorośli. Witam się i pytam na migi czy te psy mnie nie zjedzą na szczęście wydaję się, że nie. Pytam ich czy szprewhają cokolwiek po angielsku, lecz oni niestety ni w ząb. No to znowu telefon tłumacz gogle i jadę. Coś zaczynają mnie rozumieć, że chcemy tędy przejechać tylko i oczywiście nie mają nic przeciwko lecz nie bardzo ktokolwiek kwapi się do otwarcia bramy, przed którą stoimy. W końcu przejeżdża jakiś suv i Pani gospodyni do niego biegnie i mnie też woła. Okazuje się, że to ich znajoma, która zna angielski. No to jej tłumaczę na ile umiem, że chcemy tędy przejechać i trzeba na kłódkę otworzyć w tej bramie, na górze która idzie z gór i że chcemy do jakiejś cywilizacji, gdzie są jakieś sklepy. Pani o dziwo świetnie mnie rozumie i tłumaczy gospodyni wszystko na hiszpanki a ona w końcu oświecona kiwa głową że idzie po klucze do bramy. Ja wracam na górę do reszty i czekamy na wielkie otwarcie wielkiej bramy. W końcu po chwili podjeżdża gospodyni z mężem terenową toyotą i otwiera nam bramę kluczem znalezionym nie bez trudu z wielkiego ich pęku. Po otwarciu bramy Pani dostrzega Gabrysia i zaraz Tymka i z przerażeniem woła o MADRE MIJA. Dziękujemy, przepraszamy za kłopot i ruszamy szybko drogą do miasta wskazaną wcześniej prze panią z suv-a. Droga jest super i przede wszystkim płaska, biegnie przy rzece a po drugiej stronie rozciągają się gigantyczne połacie pięknie przyciętej trawki jak na stadionie piłkarskim. Po co tu boisko myślę sobie, lecz to nie boisko tylko ogromne wybiegi dla koni. Po drodze wyprzedza nas nasza wybawicielka gospodyni z mężem swoją toyotą macha do nas przyjaźnie, pewnie też do miasta jadą po zakupy. Za chwilę dojeżdżamy pod most, na którym widzimy znowu naszą Panią od bramy a ona spostrzega nas, że się wahamy w którą mamy jechać i do nas zawraca. Proponuje nam podwózkę do sklepu. Chcą nas zabrać ze wszystkim, lecz nawet mój rower nie chce zmieścić się do toyoty. Pani pyta przy użyciu swego tłumacza gogle, gdzie jedziemy później a my, że na jakiś kemping lub po prostu jakieś miejsce na namiot szukamy. I wtedy Marija, bo tak ma gospodyni na imię proponuje nam, że u niej możemy się rozłożyć namiotem. Widać, że mąż nie jest do końca zadowolony z jej propozycji to ona bierze Tymka od Asi i wciska go mężowi na ręce. I już jest po zawodach wracamy na ranczo do Marii. A ona mówi, że kupi nam co chcemy w sklepie, bo i tak jadą do niego. Wracamy powolutku na ranczo, żeby nie przybyć przed gospodynią no bo jak wytłumaczymy domownikom, że wracamy i że zostajemy na noc. Dojeżdżamy do ostatniego Zakrętu i chwilę czekamy na nich. Gabryś jak się dowiedział, że wracamy do piesków ostatni odcinek drogi biegnie.

Jesteśmy na posesji Pani mówi, że niestety nie ma miejsca w domu do spania dla nas, ale możemy się rozbić, gdzie chcemy z namiotem i wziąć gorącą kąpiel. Co z chęcią robimy. Przed wpuszczeniem nas do domu Marija coś nam próbuje powiedzieć na migi. Najpierw pokazuje rogi i muczy jak krowa. Kurcze co ona tam ma w tym domu krowę a może byka? Nie rozumiemy, ale wchodzimy i wtedy wszystko staje się jasne. Na każdej ścianie domu wiszę dziesiątki kłów dzików, poroża jeleni a nawet całe ich spreparowane głowy. Mąż jest porostu zapalonym myśliwym i to nam próbowała powiedzieć. Ja rozbijam namiot pod wiatą obok jakieś stodoły i zostajemy zaproszeni na kolację. A ta kolacja to prawdziwa uczta. Cały stół zastawiony a na nim makaron z jakimś dziwnym dodatkiem który Asi nie bardzo podchodzi co bardzo bawi Marije. Są jajka sadzone idealnie usmażone, kozi ser, wędliny, chleby, gotowane warzywa z masełkiem a na początku rosołek, z kluseczkami którego Tymek zjada tak dużo, że gospodarze się dziwią, gdzie on to mieści. Są jeszcze świeże pomarańcze reszta też świeża i większość jest zrobiona w domu. Ser z mleka od swojej kozy, jajka od swoich kurek a pomarańcze ze swoich drzew. Wszystko pyszne i zajadamy się ze smakiem. Chuan bo tak ma na imię Gospodarz częstuje mnie piwkiem a na deser przynosi coś dziwnego z glinianych słoiczkach. Jak by mleko zsiadłe tylko lepsze może z koziego. Do tego proponuje dodać łyżkę miodu i wtedy deser robi się już nieziemsko smaczny. Po kolacji jak i podczas Gabryś gania się po całym domu ze swoją rówieśniczką i z jej starszym bratem. Bariera językowa widać w ogóle im nie przeszkadza w zabawie. Później jeszcze podłączamy telefony na zewnątrz w jakimś magazynku i idziemy zmęczeni, bardzo najedzeni i szczęśliwi spać.

02.05 dzień szósty

Rano po wyjściu z namiotu widzę jak Chuan wyjeżdża autem z podwórka żegna się ze mną i znika. Zostaliśmy sami, bo w domu już chyba nikogo nie ma. Składamy się w miarę szybko, lecz zauważam, że nie mogę znaleźć latarki i to w dodatku pożyczonej od kolegi. Wczoraj rozkładałem przy niej namiot, pewnie zostawiłem w domu jak się rozbierałem do kąpieli. Asia mówi trudno musimy jechać, bo nie wiadomo o której ktoś do domu wróci, ale jak się okazuje, że nie ma też mojej saszetki w paszportami to już wtedy nie chce jechać. Pamiętam, że będąc w górach łatałem dwa razy gumę w przyczepce i może wtedy ją gdzieś tam wysoko zostawiłem. Nie wiem co zrobimy jesteśmy załamani, lecz nie długo potem wraca Marija i otwiera dom a ja po wejściu znajduję przed drzwiami do łazienki latarkę leżącą na saszetce. Uf co za ulga. Nie ruszamy od razu, bo Marija częstuje nas rogalikami z czekoladą a Gabrysia prowadza po wszystkich zgodach pokazując mu co za nimi jest, wreszcie przyprowadza malutką kozę, którą karmią razem z Gabrysiem z butelki.

Na koniec dostajemy jeszcze koziego swojskiego sera i przykaz, że musimy go zjeść do końca dnia, bo inaczej się zepsuje. W końcu po długim pożegnaniu i stukrotnym podziękowaniu za wszystko w kilku jeżykach ruszamy dalej chyba na Gibraltar. Chyba bo wczoraj też z rana był taki plan. Jedziemy cały czas wzdłuż rzeki po drodze dużo plantacji pomarańczy a dalej drzewo z jakimś dziwnymi żółtymi śliwkami, które mają kilka dużych pestek w środku. Bardzo smaczne kwaskowate i soczyste, zrywam kilka i jedziemy dalej. Wreszcie dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie dzień wcześniej skręciliśmy w prawo a wystarczyło w lewo, ale nawigacja kazała, a jak człowiek jest niewolnikiem nawigacji to jak się jej może sprzeciwić. Dziś natomiast podgazuje w lewo ot widać też ją wczoraj góry wymęczyły. Po kilku ładnych kilometrach jest zjazd na plażę, lecz jest bardzo w dół i wiem, że będziemy wracając musieli wpychać rowery, bo nie podjedziemy dlatego nie chce jechać, ale Asia się upiera, bo ona jest głodna i po tych górach potrzebuje trochę wypocząć. No i zjeżdżamy jedzie się bardzo szybko i po kilku minutach jesteśmy już przed plażą. Jest bardzo ładnie w oddali widać już nasz dzisiejszy i wczorajszy cel Gibraltar. Zjadamy porządne śniadanie z głównym składnikiem z koziego sera od Mariji. Gabryś biega z dziećmi po plaży i uciekają przed falami. Podchodzi do nas starsza Pani, która przyjechała tu do syna i dziwi się jak my z tymi dziećmi tyle jedziemy. W końcu przychodzi nieuniknione, czyli powrót do głównej drogi. Jest tak jak myślałem pchamy rowery prawie całą drogę a jest tak gorąco, że nawet jaka mi się pocą.

Dowlekamy się do głównej drogi i ruszamy nią już „na” rowerach dalej w stronę Gibraltaru. Dziś już chyba tam w końcu dotrzemy. Dalsza część jazdy jest już o wiele przyjemniejsza i niedługo docieramy do marketu DIA na przedmieściach La Línea de la Concepción gdzie robimy szybkie zakupy i od razu wrzucamy coś na ząb. Potem jedziemy dalej i dojeżdżamy do granicy i zatrzymujemy się niedaleko na placu zabaw. Robimy trochę zdjęć dzieci bawią się na placu i w końcu ruszamy przez granicę z myślą o noclegu w Gibraltarze. Łatwo przejeżdżamy granicę, mimo iż jest dużo ludzi przechodzących w tę i z powrotem. Zaraz za granicą jedziemy przez pas startowy lotniska w Gibraltarze, bo przecina on główną ulicę do miasta, a kiedy samolot startuje zatrzymuje się ruch na ulicy i samolot startuje, potem ruch uliczny wraca i tak w kółko. Uliczki są bardzo wąskie mało tam trawników chodników też nie jest dużo i są wąskie i cały czas bardzo wieje. Jednym słowem jest tu wszędzie bardzo ciasno i każdy skrawek ziemi jest zagospodarowany. W końcu jest plaża, ale przed nią znak informujący o zakazie biwakowania. Pewnie przez małpy, które schodzą z góry i kradną co popadnie. Dalej jedziemy wielkim wydrążonym w skale tunelu, w którym jest bardzo zimno, wilgotno i ciemno. Na szczęście szybko pojawia się światełko na końcu w którego kierunku podążamy. Po wyjściu światło bardzo nas oślepia. Docieramy do placu zabaw i dzieci się bawią a ja szukam miejsca na nocleg niestety z marnym skutkiem. Chodząc w poszukiwaniu miejsca na nocleg trafiam na miejsce Pamięci po Generale Sikorskim, który zginął tam w 1943 roku. Jest tablica z Polskimi napisami i Polskie flagi, naprawdę bardzo miło się człowiekowi robi widząc to wszystko gdzieś na końcu Europy. Miejsca na nocleg nie możemy nigdzie znaleźć, tak więc wracamy do Hiszpanii.

Nawigacja pokazuje mi kemping nie daleko od granicy w porcie i tam właśnie się kierujemy. Z powrotem jedzie się ciężej, bo dużo pod górkę, ale w końcu wyjeżdżamy z terytorium brytyjskiego i docieramy do tego niby kempingu, który wygląda jak parking, na którym stoją kampery jednym rządku.  Na szlabanie nikt nas nie zatrzymuje, tak więc wbijamy się, wyszukujemy miejsce między dwoma kamperami gdzieś koło palmy wyrastającej z chodnika żebyśmy koło niej mogli wbić najważniejsze dwa śledzie, bo wszędzie chodnik. Nadszedł już wieczór, namiot już stoi dzieci przebrane do spania a tu nagle Pani strażniczka przyjeżdża i mówi, że to nie kemping i nie możemy tu zostać. Gabryś jak to usłyszał to dostał dzikiej histerii i tak się darł, że Pani Szefowa po kilku minutach moich próśb ulega i umawiamy się, że jutro 8 rano znikamy. Szefowa odjeżdża i kiedy ja zaczynam gotować kolację wraca z powrotem.  Z początku myślałem, że będziemy jednak musieli się zwinąć, ale okazuje się, że Pani przyjechała zaproponować dzieciom i żonie kąpiel. Oczywiście przyjmujemy miłą propozycję i cała trójka szybko się szykuje i rusza autem z Szefową. Gabryś niestety nie jest przyzwyczajony do prysznica tylko do wanny i na miejscu zrobił scenę, że on pod prysznic nie wchodzi. W końcu, kiedy udało się wszystkich wykąpać wracają wszyscy na kolację. Pomyślałem wtedy, że skoro taka jest miła to może jednak nie każe nam tak rano się zwijać. Niestety zmiennik szefowej zapukał grzecznie w namiot o 7:30 witając nas i informując, iż zbliża się ósma. Cóż nie było wyjścia i musieliśmy się zwijać. Po 30 minuta podszedł jeszcze czy aby na pewno się zbieramy i tak się zakończyła nasz pobyt na niby kempingu.

 

03.05.2019 dzień siódmy

Po śniadaniu, które zjedliśmy w parku obok toru do jazdy na desce zastanawialiśmy się jak zdobyć skałę Gibraltarską. Można było wjechać tam rowerami, lecz uliczki wąskie i może być ciężko pod górkę. No to idziemy pieszo, gdzie po przejściu granicy atakowali nas naganiacze na busa na górę. Może i byśmy skorzystali, ale 35 euro z osobę to trochę za dużo. Zaczynamy wchodzić, ale którędy? Po 30 minutach okazuje się, że kręcimy się kółko i zmieniamy plan na kolejkę linową i właśnie w jej kierunku się udajemy. Docieramy na miejsce a tam dwie kolejki jedna długa i wolno idzie i druga mała i szybko się przemieszcza. Ta krótka jest dla biletów kupionych online a długa dla tych na miejscu. Asia staje w długiej kolejce a ja chodzę z chłopcami i próbuje kupić bilet przez telefon. Niestety nie udaje mi się, większa kolejka rusza się jak ta lokomotywa od Tuwima. Robię drugą próbę kupna biletów online i udaje mi się. Bilet kosztuje 16 funtów w obie strony dla dorosłych NINJO nie płacą do roku życia. Nie wiele czasu zaoszczędzamy, bo kolejka żony już jest blisko, ale dobre i kilka osób. O dziwo nie ma problemu z zabraniem ze sobą wózka do wagonika, tylko Pan powożący rydwanem ognia ostrzega nas o małpach, które bardzo kradną i żeby nie spuszczać wózka z oczu. Mówię, że rozumiem a na miejscu zamykam wózek i go zostawiam. Na górę jedzie się tylko 4 minuty, całkiem przyjemnie parking na dole zaczyna się szybko oddalać a widoki są naprawdę nieziemskie.

Małpy witają nas od razu po wyjściu z wagonika, jest tu ich naprawdę dużo są młodziutkie jak i stare. Niestety mimo ciągłego sprzątania małpich odchodów przez obsługę i tak trochę tam śmierdzi. Chodzimy po tarasie widokowym i zachwycamy się widokami Gabryś gania się z małpami, głaska je i bardzo się cieszy, tak bardzo chciał do nich jechać. W pewnej chwili Asia sadza Gabrysia koło większej mały, żeby zrobić mu zdjęcie aż tu nagle jakaś młoda może zazdrosna gryzie go w przedramię. Gabryś płacze  wniebogłosy, ale na szczęście jakiś turysta przychodzi nam z pomocą i wyciąga z plecaka magiczne pudełko, w którym ma plasterki i antybiotyk w żelu, który natychmiast nanosimy na ranę Gabrysia. Po przyklejeniu plasterka Gabryś się uspokaja. Lecz chęci na ganianie się z małpami przechodzą mu bezpowrotnie i natychmiast chce już wracać kolejką na dół. Kręcimy się jeszcze chwilę i robimy kilka zdjęć, Gabryś przyklejony do mnie lub Asi, żeby tylko daleko od małp, aż w pewnej chwili dostrzegam nasz wózek, jest przewrócony, siedzi na nim małpa i wyciąga jakieś ubrania. Kiedy dobiegam do wózka małpa już znika, wózek leży a ubrania obok. Chyba niczego nie wzięła. Zjeżdżamy na dół kolejką, gdzie Gabryś odpręża się już całkowicie. Po drodze po rowery zjadamy małe co nieco w angielskim barze dalej kupujemy magnes z Gibraltaru z małpkami.

Rowery, no właśnie co z nimi zrobiliśmy? Szukaliśmy parkingu strzeżonego, gdzie byśmy je mogli zostawić, lecz nie od razu się to udało, bo pierwszy człowiek nie zgodził się na takie pojazdy na jego parkingu. Drugi się zgodził, lecz krzyknął 2,5 euro za godzinę z jeden rower, a że liczyliśmy, że zejdzie się nam ze 4 godziny to miało nas kosztować aż 20 euro. Tanio nie było, ale się zgodziliśmy. Kiedy Pan z parkingu chce nam drukować bilety tłumaczę, iż nie potrzebujemy żadnych kwitów ani biletów. Wtedy Pan postanawia, iż zapłacimy tylko za jeden rower i żeby to przekazać drugiemu Panu, który będzie tu po naszym przyjściu. I tak też właśnie robimy a drugi Pan mówi nam po Hiszpańsku, że nie będziemy płacić nic. Cóż z promocja myślę z 20 euro do 0? Nie zastanawiamy się długo, dziękujemy i odjeżdżamy zanim zmieni zdanie w kierunku Algeciras. Po drodze Asia łapie gumę, jest mały drucik, w oponie który jest jej przyczyną. Szybka zmiana dętki i chcemy ruszać a tu w drugim kole kolejny drucik. Wyjmuje go i dopompowuję i okazuje się, że nie schodzi za szybko.  Ruszamy dalej, bo zaczyna się robić późno i musimy szukać noclegu. Po drodze szybkie zakupy w małym sklepiku, gdzie między innymi spotykam znowu i kupuje te fajne śliwki, które nam tak smakowały. Pytam Panią jak one się nazywają i Pani mi odpowiada, lecz nie bardzo rozumiem. Ale kilka dni później spotykam je w markecie, gdzie jest ich nazwa „NISPERO”. Okazuje się, że śliweczki pochodzą z Chin a inna ich nazwa to NIEŚPLIK JAPOŃSKI i można je spotkać we wszystkich krajach basenu Morza Śródziemnego i ponoć pomaga przy walce z kaszlem. Docieramy w końcu na bardzo ładną plaże na której jest piękny piasek, lecz niestety jest dużo ludzi. Jedziemy sobie wzdłuż plaży ścieżką i w końcu jest trochę mniej ludzi i.. zakaz namiotów. No o pięknie robi się wieczór a my jesteśmy w ciemnej d…. . Pytamy jakieś pary, gdzie możemy jakieś miejsce na nocleg, która podsuwa nam coś, lecz okazuje się na miejscu, że to jest koło parku w centrum miasta, tak więc odpada. Wjeżdżamy na teren boiska piłkarskiego, lecz po krótkiej dyskusji nie pozwalają się nam rozbić. Przez chwilę gubi mi się Asia po z jechaniu z górki i dalej przez rondo. Na szczęście jakiś chłopak zatrzymuje się samochodem i pokazuje, iż Asia skręciła na rondzie w prawo a nie prosto jak my. Odnajduję ją po chwili i dalej szukamy miejsca.

Wreszcie postanawiamy, bo już ciemno zostać koło ścieżki, która prowadzi brzegiem zatoki a po drugiej jej stronie jest wielki zielony mur, za którym jest cmentarz czego nie mówię żonie aż do rana, żeby mi nie panikowała. Miejsce jest bardzo kiepskie i na dodatek z górki, ale rozbijamy namiot i cieszymy się, że jest cokolwiek. Gabryś tego wieczora zaczyna marudzić, że on chce już być w swoim łóżeczku. Tłumaczę mu, że polecimy do domu dopiero za kilka dni a on na to, że chce już. I od dziś już co wieczór wspomina o tym swoim łóżeczku, w którym chce być już, na szczęście tylko wieczorami, bo kiedy wstaje i widzi morze lub jakiś plac zabaw to szybko o nim zapomina.  W środku nocy Tymek budzi się z przeraźliwym płaczem, nie idzie go w żaden sposób uspokoić. Namiot mamy schowany trochę krzakach i tak sobie myślę jak ktoś będzie przechodził i usłyszy taki przeraźliwy płacz dziecka to zaraz policję wezwie. I po chwili idzie jakiś pijany młody chłopak i kiedy słyszy Tymka idzie w naszą stronę, ja do niego wychodzę i tłumaczę mu, że to mój syn i że to chyba ząb my wychodzi i że wszystko jest ok. Coś mi się zdaje, że on nie bardzo mnie rozumie, ale po chwili żegna się ze mną i odchodzi. Tymek dalej płacze, postanawiam wziąć go na barana i zrobić z nim mały spacerek po ścieżce i już po chwili uspokaja się, lecz ludzie widząc minie od 2 w nocy z takim maleństwem dziwnie na mnie patrzą, lecz ja zadowolony ciszą jaka nastała wcale się tym nie przejmuje i wędrujemy jeszcze chwilę po czym zawracamy do namiotu, gdzie mój synek w jednej chwili zasypia i śpi już do rana. Po tym wieczorze wszyscy robimy się zmęczeni i chcemy wracać do domu tak jak Gabryś a tu jeszcze tyle dni. W nocy po drugiej stronie zatoki cały czas świecą się mocne światła i słychać klaksony i odgłosy pracujących tam kontenerowców.

04.05 dzień ósmy

Rano wstajemy już w lepszych nastrojach, ja łatam Asi dętkę a ona składa namiot, Tymek śmiga po ścieżce na czworakach a Gabryś zaczepia wszystkich i mówi buenos dias ludzie się uśmiechają i odpowiadają mu tym samym. A jak ktoś idzie z psem Gabryś zaraz zaczyna się z nim ganiać i jeden z piesków tak się ucieszył, że aż mi synka przewrócił na trawę. A co na to Gabryś wstał otrzepał się i dalej gonić za pieskiem.  Namiot zwinięty a my ruszamy jeszcze na pobliski plac zabaw, żeby chłopcy mogli się trochę pobawić, wieczorem okaże się jednak, że zostawiliśmy jeden z trzech kijków od namiotu na szczęście to ten od przedsionka i jakoś damy sobie z tym radę. Ruszamy dalej w stronę Tarify. Dzieci na szczęście śpią a my jedziemy pod najdłuższą jak do tej pory górkę całe 6 km/h albo pchamy i tak na zmianę przez całe dwie bardzo długie i męczące godziny. W końcu docieramy do baru przy drodze, gdzie dzieci się budzą więc zatrzymujemy się na parkingu na pożądane śniadanie, kawę i lody. Trochę tam wieje, ale jest słoneczko, wszędzie w koło widać mnóstwo wiatraków drogą co chwila przejeżdżają chmary motocyklistów.

Dalej droga do Tarify nie jest już tak męcząca, mamy plan przejechać dziś jak najwięcej się da, ale gdy wjeżdżamy na plażę w Taryfie plan nasz pęka jak bańka mydlana i zostajemy do rana. Plaża jest przecudna jest wielka szeroka i można po niej jechać rowerem nie ma na niej dużo ludzi i tylko kilku kolesi uczą się pływać się na desce z latawcem w ręku. Gabryś w niebo wzięty, bo woda z morza w jednym miejscu wylewa się na plaże tworząca wielkie jeziorko z cieplutką wodą, w której zaczyna się natychmiast taplać. Jadę do marketu uzupełnić zapasy, a trzy pierwsze przedmioty z listy to woda, chleb i wino jak bym już gdzieś to kiedyś słyszał. Mam też go kupienia sól, bo nasza przywieziona w kliszówce trochę się wysypała trochę się zużyła i już jej nie ma. Jest wiele rodzaju soli większość jak u nas w kilogramowych foliowych woreczkach, ale są dwie w pudełkach plastikowych i taką właśnie szukam, żeby się nie wysypywała a opakowanie będzie na kolejne wyprawy. Jedna ma 250 g i jest w granatowym opakowaniu i kosztuje 40 centów, lecz widzę, że zamknięcie nie jest najlepszej jakości i będzie się z niego sypać, w takim razie wybieram drugie opakowanie mniejsze, bo tylko 200 g w białym opakowaniu z zielono czerwonymi grafikami z napisem SAL COSTA i dużo droższe, bo aż 1,1 euro, ale co tam biorę będzie na lata 😊 Zastanawiasz się czemu tak szczegółowo opisuje zakup soli? Dowiesz się w następnym dniu. Tak więc wracam po 30 minutach z zakupów a Gabryś nie bawi się już w wodzie, bo woda zniknęła. Za to leży zakopany w piasku przez Asie z wystającą głową a Tymek nie może tego przeżyć i ciągle go odkopuje.

Po zabawie w piasku idziemy na pobliski mostek, gdzie z góry widać setki małych i dużych ryb kłębiących się pod nim. Myślę sobie wędka pękła, ale może i na pękniętą coś z takiego mostku złapię. Biegniemy z Gabrysiem po wędkę zakładamy kawałek suchej buły i zaczynamy łapać kolację. Z początku zanęta szybko spada i rybki ją zjadają, ale po pewnym czasie jest pierwsza rybka i to wcale nie najmniejsza. Nie biorę jej jednak tylko wrzucam z powrotem, ponieważ obok nas stanęła Pan z małą córką i nie mam sumienia walić jej nożem w głowę przy nich. Mam nadzieje, że zaraz sobie pójdą a my wtedy będziemy mogli zabrać swoją zdobycz. Łowimy dalej i trafia się jeszcze kilka sztuk, ale Pani z córką nadal stoją, w końcu trafia się prawie kilogramowa i postanawiam ją zabrać po prostu w rękę bez ogłuszania, i za pierwszą górką rybka jest już ogłuszona tak żeby Gabryś nie widział. Trochę później Gabryś zauważa zakrwawioną rybę, którą zostawiłem w torebce i mówi, że musimy z nią jechać natychmiast do doktora a ja tłumaczę mu, że żaden doktor tej rybie już nie pomoże i że zaraz będziemy ją jedli na co Gabryś odparł, że on woli paluszki rybne które kupiłem wcześniej i ryby nie ruszy, no i smażymy paluszki a ryba będzie na rano. Lecz i tak trzeba ją sprawić, żeby się za szybko nie popsuła i kiedy to robię nad brzegiem rzeczki zbiegają się kraby i zaczynają walkę o wszystkie jej wnętrzności, które wrzuciłem do wody. No to ja namierzam największego z nich i ciach go na brzeg a potem go w dwa patyki i biegnę pokazać go Gabrysiowi. Gabryś jest nim zachwycony i chce zobaczyć ich więcej to wracamy nad rzeczkę z tym jednym krabem, lecz tamtych już nie ma, wtedy przypominam sobie, że niedaleko w trawie zostawiłem głowę ryby i po wrzuceniu jej do rzeczki czekamy może ze 20 sekund i kraby są z powrotem i znowu toczą walkę. Kiedy kraby znikają w wodzie z głową ryby my wracamy do namiotu, a kiedy słońce zachodzi zaczynamy czuć ten silny wiatr, który tu cały czas wieje. Namiotem zaczyna strasznie rzucać w podmuchach wiatru a my na dodatek nie mamy jeszcze jednego kijka, co tu robić, żeby się nie obudzić bez tropiku? I nagle sobie przypominam podobną plażę, na Rodos która nazywała się Prasonisi czy jakoś tak i tam też tak mocno wiało i było tam mnóstwo kitesurferów i wielu z nich spało w namiotach i podejrzeliśmy ich wtedy, że wszyscy obsypywali tropik na około pisakiem co zrobiliśmy wtedy i robię również dziś. Po całej operacji namiot od razu wydaje się stabilniejszy a ja robię się o wiele spokojniejszy i bardzo zmarznięty. Po wejściu do namiotu okazuje się, że przez piasek jest tam bardzo ciepło i strasznie duszno, ale po otwarciu włazu robi się już bardzo przyjemnie.

05.05 Dzień dziewiąty

Rano jest bardzo zimno i pochmurno, tak więc szybko się zwijamy i ruszamy dalej. Odwiedzamy po drodze stację paliw w poszukiwaniu gazu, który skończył się poprzedniego dnia wieczorem, ale gazu tam nie ma ani tam ani na żadnej innej z wielu stacji paliw którą odwiedzimy. Po nie długimi czasie chmurki znikają wychodzi słońce i widać, że znowu będzie piękny dzień. Mijamy dziś mnóstwo pięknych plaż, kempingów i drzewa żywcem wyjętych za Afryki a to dlatego, że Tarifa jest najbardziej wysuniętym na południe miasteczkiem Europy i dzieli ją od niej zaledwie 30 km a przy dobrej pogodzie, czego my niestety nie doświadczyliśmy można bez trudu zobaczyć czarny ląd. Czas zaczyna nas gonić i zaczynamy myśleć, że musimy być w Sewilli za niecałe trzy dni a tu jeszcze tak daleko, lecz górki się już skończyły jedzie się dziś bardzo dobrze, mijamy dziesiątki wiatraków a później wielkie połacie ekranów fotowoltaicznych i około czternastej mamy już przejechane 40 km. Zatrzymujemy się przy drodze na jedzonko a ja łatam kolejną gumę w dętce Asi a przy okazji czyszczę i smaruje łańcuchy.

Mieliśmy już nie odbijać na plaże tylko spać gdzieś indziej, lecz zmieniamy zdanie i zbaczamy trochę z kursu w kierunku Conil de la Frontera, żeby tam zanocować na plaży. Nawigacja przeciągnęła nas ostatnie 8 km przez polną drogę, gdzie zboża już przeważnie skoszone lub będą koszone lada dzień. W końcu pod koniec trafiamy na bardzo stromą górkę, pod którą musimy wepchać rowery, a po wyjechaniu na ulicę okazuje się, że droga, która miała prowadzić do plaży jest zamknięta, a że baliśmy się szukać coś na ostatnią chwilę jak dwa dni wcześniej, dlatego jedziemy na pobliski kemping. Mieści się on na peryferiach miasta za wielkim murem, gdzie nie dochodzi najmniejszy wietrzyk, niesamowity obrót pogody o 100% porównując wczorajszy nocleg w Tarifie gdzie wiało jak w Kieleckim na dworcu a tu na kempingu tylko cisza i spokój i śpiewające w gałęziach drzew ptaki. Asia rozbija namiot a my z Gabrysiem idziemy do miasta po pieniądze z bankomatu, bo nie można za kemping płacić kartą. Po drodze mijamy kilka knajpek, gdzie życie dopiero się zaczyna, wybieramy kasę a w drodze powrotnej kupujemy wielką pizzę, którą Tymek tak się najada, że zapomina o codziennym wrzasku przed spaniem i sam grzecznie zasypia a Gabryś zaraz za nim. Asia wraca z pod prysznica a w namiocie cisza, zdziwiona zagląda pyta co Ty im zrobiłeś, że tak zasnęli? A ja tylko dałem im pizzę 😊.

06.05 dzień dziesiąty

Z samego rana jedziemy z Gabrysiem do miasta po gaz, może się w końcu uda go gdzieś dostać. Znajdujemy po kilku pokonanych górkach wielki żelazny sklep, w którym jest chyba wszystko, jest i gaz, lecz tylko w nabojach przebijanych lub takich butelkowych jak do zapalniczki tylko większy. Ach ten Aron znowu miał rację mówiąc, że przebijane są najpopularniejsze, a ja się tak cieszyłem, że mam palnik kombo na wciskane i na nakręcane a tu zonk i są przebijane. No cóż zrobiłem błąd, a w zasadzie dwa. Pierwszy to nie kpiłem dwóch butli w decatlonie w Maladze, ale myślałem, że taka duża to starczy a nie chciało się wozić dwóch, a drugim błędem było wyrzucenie zużytego kartusza, bo przecież kupiłem na alliexpres taką magiczną końcówkę do przelewania gazu z butli takich butelkowych jakie w tym żelaznym były i mógłbym sobie przelać. Swoją drogą mogli by w końcu unormować te butle tak jak końcówki do ładowarek, żeby nie trzeba było wozić 3 kuchenek tylko mieć jedną i mieć pewność, że będą takie wszędzie. No cóż gazu nie ma a dzieci głodne a tu obok małżeństwo z Hiszpanii dzień wcześniej coś tam pichcili na swojej kuchence, to wale do nich jak w dym może pożyczą całej kuchenki na trochę. No i pożyczyli i nie kazali się spieszyć, jak tak to ja pogotowałem wszystkie makarony jakiem mieliśmy a na koniec zrobiłem jajecznicę i kiedy oddawałem kuchenkę chciałem oczywiście zapłacić, ale miły Pan nie chciał o tym słyszeć. No i jem ja sobie tą świeżuteńką jajecznicę i sobie dosalam i dosalam a ona wciąż jakoś mało słona się wydaje, makaron też jakiś się wydawał nie za słony. Sypnąłem sobie na palec jakaś strasznie miałka, ale może tu taką mają, próbuje no chyba słone, ale jakoś mało. Tłumaczę napis na opakowaniu a tu mi wyskakuje wodorowęglan sodu, czyli soda oczyszczona. No to już teraz wiadomo co nas tak od wczoraj pędziło. Sodę wysypałem i poszedłem do opakowaniem do baru po prośbie o trochę soli, bo sklepik był jeszcze zamknięty i za chwilę w końcu jadłem słoną jajecznicę.

Długo się dziś szykujemy i wyjeżdżamy bardzo późno z tego kempingu, pierwszą część drogi jedzie się fajnie ścieżkami koło chodnika później jedziemy szutrem  z prawej strony obok autostrady choć gogle mówi żeby jechać z lewej strony ale co tam będzie nam jakiś gogle rozkazywać jedziemy dalej dopóki nie dojeżdżamy do rzeki gdzie nie ma dalej przejazdu a żeby dostać się na lewą stronę autostrady oraz torów musimy przefrunąć, pojechać pod mostem lub zawrócić niestety tylko najdłuższa opcja jest dla nas dostępna i wracamy, przejeżdżamy na drugą stronę autostrady ale nie torów jedziemy kawałek i droga się kończy i z powrotem powrót i tym razem w końcu przeprawiamy się na lewą stronę torów i  wybieramy w końcu dobrą drogę. Tak myślimy do póki znów nie dojeżdżamy do rzeki, bo z daleka nie widać, żeby była jakaś przeprawa dla rowerów czy pieszych, ale gdy dojeżdżamy bliżej jest tunel pod torami na prawą ich stronę i dalej mostem tym co jedzie pociąg, jest wzdłuż torów oddzielona siatka wąska drużka prowadząca do samego miasta. Docieramy do jakiegoś miasteczka a na peryferiach bezdomni rozbierają jakąś elektronikę, żeby dostać się do cennych metali kolorowych. Motamy się trochę w mieście aż wreszcie docieramy do wielkiej kładki nad autostradą i torami, są schody i jest piękny ślimak którym bez problemu wpychamy nasze rowery i już chwaliłem władze miasta za piękną kładkę z tym pięknym ślimakiem który sprawdzi się zarówno dla rowerów jak i wózków inwalidzkich gdy nagle docieramy do końca kładki i okazuje się ,że tam już nie ma ślimaka tylko cholerna winda, do której nie mieści się ani rower ani wózek i musimy sprowadzać po kolei to wszystko po wielkich stromych schodach i tak moje  pochwały przerodziły się w niecenzuralne słowa. Znowu po jakimś czasie docieramy do szutru, który jest bardzo szeroki równy i jedzie się nim bardzo przyjemnie, po prawej stornie przez wiele kilometrów ciągnie się coś co nazywa się PARQE NATURAL, a jak dla mnie to jakieś zbiorniki wodne nie za duże a obok każdego bajorka usypane z ziemi górki, jedyne co tam fajnego było to dużo ptaków a jedne takie wielkie jak jakieś flamingi czy coś w tym stylu a po za tym jeszcze kupa butelek i innych śmieci i nie zbyt ciekawy zapach z bajorek. Docieramy w końcu do jakiegoś budynku nad brzegiem zatoki jakieś 8 km przed Kadyksem, jest to jakiegoś rodzaju klub rybacki, za nim jest wiele przycumowanych łódek, jedne przy samym brzegu daleko w wodzie. Wiemy już, że do Sewilli nie dojedziemy na rowerach, bo samolot jest już za 24 godziny, tylko z Kadyksu będziemy musieli złapać busa lub pociąg.  Dziś już nie ma co jechać, bo jest późno a koło klubu rybackiego rozciąga się piękna dzika plaża więc postanawiamy ostatnią nockę spędzić właśnie tu. Asia bierze się za namiot a ja jadę po zakupy do Lidla. Po wilgotnym pisaku widać, iż jak się woda podniesie będzie jeszcze miała ze 2 metry do naszego namiotu to chyba wystarczy. Przed odjazdem zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie a po powrocie nie mogłem uwierzyć jak to możliwe, że zamiast wody jest teraz trawa na wiele metrów w głąb a wszystkie łódki, które pływały teraz stoją na mieliźnie. W lidlu zaś stojąc już przy kasie zamieniam neste którą wcześniej wziąłem na jakiś dziwny napój w 1,5 butelce z lodem na etykiecie, później okaże się, iż to wcale nie napój tylko jakieś słodziutkie czerwone 4,5% winko i to całkiem smaczne. Po kolacji zwiedzamy okolicę i znajdujemy jakiś mini plac zabaw z kilkoma stolikami i ławkami a po za tym jest huśtawka własnej roboty i mini zjeżdżalnia, po której zjeżdża się po wejściu na jeden ze stolików, niedługo potem wracamy do namiotu, bo zaczyna wiać i robi się zimno i ciemno. Koło 4 nad ranem Asia mnie budzi i mówi, że woda strasznie chlupie i żebym sprawdził czy nie ma zamiaru zabrać nas do morza. Wychodzę z namiotu a woda jest jakieś 2 metry od namiotu tak jak wczoraj był wilgotny piasek, ale do namiotu chyba nie dojdzie, sprawdzam jednak to jeszcze kilka razy i jest ok a ja myślę sobie fajnie przynajmniej rano porobię zdjęć jak woda jest wysoko, bo miałem tylko jedno takie, ale po przebudzeniu koło ósmej woda niestety uciekła z powrotem i nici ze zdjęć.

07.05. dzień jedenasty,  wreszcie powrót

Wszyscy wstajemy dziś w świetnych humorach, bo dziś w końcu wracamy do naszych kochanych łóżeczek. Od rano słoneczko raźno praży, to będzie piękny dzień i później okaże się, iż był to najcieplejszy dzień z naszego pobytu a termometr w pewnym momencie wskazał nawet ponad 43 stopnie w słońcu oczywiście, ale my jechaliśmy prawie cały czas w tym słońcu. Zwijamy się rekordowo szybko i po dwóch godzinach jedziemy już i jesteśmy po małym śniadaniu. Jedziemy na dworzec kolejowy, bo pociągiem chyba łatwiej będzie nam zabrać cały nasz majdan, Po dotarciu na miejsce okazuje się, że zaraz obok dworca są też autobusy w razie czego będzie jakaś dodatkowa opcja. Po dotarciu do kasy Pani patrzy na nasz cały dobytek i kiwa głową i mówi, że nie ma mowy żebyśmy z tym wszystkim pojechali pociągiem, ja mówię, że możemy to wszystko złożyć i będzie zajmowała dwa razy mniej miejsca, ale Pani tylko jeszcze wysyła jednego z kolegów, żeby zasięgnął języka na ten temat i po jakimś czasie wraca kolega z kciukiem w górze i oświadcza, że możemy pojechać. Po woli robi się mało czasu do odjazdu pociągu a tu przed nami akurat duża grupa Azjatów w kolejce po bilety i czekamy przez to kolejne 10 minut później kolejne 10 minut przy kasie, bo system nie chce sprzedać biletu na dwa rowery tylko na jeden, ale w końcu się udaje, bilety na rowery są po 4 a nasze po 16 euro, NINJO nie płacą,  do odjazdu 10 minut, odjazd z pierwszego peronu, oczywiście kasy są przy 8 czyli biegniemy przez wszystkie ja z moim rowerem a Asia z wózkiem bo go odczepiliśmy wcześniej za chwilę wracam po jej rower. Mamy miejsca w wagonie numer dwa a rowery w trzecim, tylko który jest który jak nie mają numerków, nie wiadomo, no to liczymy je  i wbijam się chyba do trzeciego, są dwa wieszaki na rowery i jest bardzo dużo miejsca na tyle dużo że Asi rower zawisa na nim z sakwami, mój nie chce się zmieścić bo opona za wysoka,  jakiś pasażer mi pomaga przytrzymać go a ja spuszczam trochę powietrza, wreszcie wisi, jeszcze tylko przyczepka staje koło rowerów  i  jesteśmy wszyscy na swoich miejscach  jakieś dwie minuty przed odjazdem, czyli jak zwykle na styk.

Siadamy sobie na 4 bardzo wygodnych fotelach naprzeciwko siebie i tak podróżujemy kilka stacji, później wsiada więcej pasażerów i musimy dalej jechać już we 4 na dwóch wygodnych fotelach, mimo tego jedzie się bardzo przyjemnie i dosyć szybko, bo na monitorze pokazuje się prędkość nawet do 150 km/h. Sąsiedzi z naprzeciwka trochę z nami rozmawiają, okazuje się, że są z Nowego Yorku i przypłynęli tu statkiem, na którym spędzili aż 9 dni, Tymek zaczepia ludzi wzrokiem i każdy się do niego uśmiecha. Dwie godziny jazdy bardzo szybko nam mija i jesteśmy w Sewilli. Ruchome płaskie schody wyrzucają nas na powierzchnię, skąd udajemy się do mc Donalda mieszczącego się w budynku stacji, zjadamy tam małe co nieco ruszamy w kierunku lotniska po drodze zahaczając jeszcze o Leroy merlan, żeby nabyć folie stercz, taśmę i tryptyki, wszystko do spakowania rowerów. Sewilla jest bardzo ładna a na ulicach chodzi mnóstwo kobiet w sukniach do flamenco, jest straszny upał i każdy skrawek cienia jest na wagę złota, w pewnym momencie nawigacja kieruje nas na szuter, a co tam możemy nim jechać te ostanie kilometry ale droga staje się coraz węższa i zaczynamy jechać przez tamtejsze slumsy gdzie jest mnóstwo brudnych dzieci z rodzicami mieszkających w  altankach  oraz barakach zrobionych pewnie  z tego co  sami znaleźli, patrzą na nas i coś mówią a nam przestaje być miło, jest tam również mnóstwo psów wszelkiej maści i rasy szczekają na nas ale na szczęście nie atakują. Dalej jedziemy drogą, która w pewnym momencie jest wypalona na wielkim obszarze, wygląda na to, że wypalają tu przewody elektryczne. W jednym miejscu jakaś para buduje z pustaków coś na kształt małego domku, nie robimy jednak tam żadnych zdjęć, bo już jesteśmy tak blisko lotniska, że nie będziemy ryzykować jakiś napaści. W końcu skręcamy w lewo i zabudowy się kończą a my korzystamy z darmowego prysznica, który podlewa na polu jakieś warzywa. Mijamy wielką plantację oliwek a potem mandarynek i w końcu asfalt a po lewej jego stronie jest już ogrodzenie lotniska, lecz żeby dotrzeć do terminala trzeba je całe okrążyć a to kolejne 4 ostanie kilometry z naszej wyprawy.

W końcu jesteśmy na odlotach, licznik został zdjęty z ilością kilometrów w liczbie 417. To trochę mniej niż zakładaliśmy a nie przejechaliśmy ostatniego odcinka, dużo błądziliśmy i jeszcze jazda do sklepów i jeszcze te góry. Do odlotu mamy 2 godziny i 10 minut, może to i dużo, lecz trzeba rozkręcić rowery i je odprawić i bagaże i jeszcze kontrola a są przecież wszędzie kolejki. Tak więc od razu zaczynam się pocić i biorę się za rowery a Asia za przepakowanie bagaży. Ludzie się przyglądają co się dzieje, co on będzie robił z tą wielką plandeką? Podchodzi jedna para Polaków i mówią, że są pełni podziwu, żeby na rowerach z takimi małymi dziećmi i jeszcze z namiotem, no czapki z głów. A ja robię soje dalej, czyli straszliwie się pocę i lecę z kolejnym rowerem i po 30 minutach oba są już spakowane gotowe do nadania. W kolejce spotykamy inna grupę rowerzystów, z Polski którzy robili tu kółko, mają oni wszyscy kartony na swoje maszyny, na pewno jest to bezpieczniejsze, ale problem się robi jak nie ma gdzie tych kartonów zostawić na te kilka dni a plandeka może mniej bezpieczna, ale masz ją cały czas ze sobą i można pod namiot rozkładać albo jak gorąco to i baldachim zbudować. Pani przy odprawie bardzo miła, jak zresztą większość Hiszpanów, bez problemu okleja wózek naklejką potem rowery i wskazuje miejsce, gdzie mamy je dostarczyć. Tam chwilkę czekamy aż przychodzi Pan z obsługi i puszcza nasze maszyny przez wielki skaner. Stajemy w kolejce do kontroli już tylko z podręcznym, lecz po kilku minutach podchodzi Pani i otwiera nam boczne szerokie wejście. Tymek jak zawsze przy kontroli zaczyna płakać, nie lubi lotniska tak jak ja. Bagaże na taśmę a ja staję z Tymkiem przed bramką do wykrywania metali, Pan z obsługi mówi, że mamy przejść SOLO a ja mu tłumaczę, że syn jeszcze nie chodzi a on dalej swoje SOLO, no to ja go stawiam na podłogę i pokazuje mu, że on nie chodzi a on mówi, że ja mam przejść solo, no to przechodzę i wracam po Tymka, który ciągle głośno płacze. Próbuję odebrać wózek ze skanera z synem na ręku, ale nie jest to łatwe i Pani z obsługi proponuje mi, że go chwilkę przytrzyma A Tymek, choć jeszcze przed chwilą wydawało się to nie możliwe Płacze jeszcze głośniej, lecz szybko odbieram wózek składam go wrzucam wszystkie bagaże do niego i odbieram Tymka od przerażonej jego płaczem Pani. Dobra możemy szukać wyjścia do samolotu, będzie to wyjście 11, oczywiście gdzieś daleko na samym końcu, ale mamy jeszcze dużo czasu tak więc dzieci bawią się jeszcze po drodze na małym placyku dla najmłodszych a potem jeszcze zamawiamy, paluszki serowe w Burger Kingu i w trakcie tego zamawiani Asia zaczyna słyszeć głosy, tzn. mówi, że słyszy nasze nazwisko które wzywają do wyjścia, lecz ja stwierdzam, że to nie możliwe bo jest jeszcze dużo czasu, ale i tak odbieramy jedzenie i szybkim krokiem idziemy do naszego wyjścia. Po dotarciu na miejsce widzę dwie kolejki, jedna długa normalna oraz krótka priorytet, mamy priorytet, tak więc stajemy w tej krótszej i po kontroli paszportów oraz kart pokładowych Pani z obsługi prowadzi nas w boczne przejście do windy z wózkiem i mówi, że widzimy się za chwilę na dole. Zjeżdżamy na dół i po wyjściu z windy Asia parzy na nasze bagaże i mówi nie ma jednej żółtej sakwy, gdzie ona może być? ktoś by ją ukradł? Pewnie jej nie zabraliśmy z taśmy po kontroli, bo tam był taki harmider z Tymkiem. No dobra no to lecę po nią, wskakuję z powrotem do windy i lecę na górę, tam nie bardzo chcą mi otworzyć przejście, ale w końcu się udaje, tłumaczę, że biegnę do kontroli po sakwę Pani nie chętnie ale się zgodziła tylko kazała zostawić karty pokładowe nie zastanawiając się rzucam karty i biegnę przez całe lotnisko, po dotarciu na miejsce namierzam szybko naszą sakwę i nie tylko bo jest tam w pudełku jeszcze wiaderko do pisaku z grabkami, muszelki, dwie czapki, i wiele innych rzeczy, które wyjęliśmy z wózka przed skanowaniem go. Wołam szybko kogoś z obsługi i mówię, że to moje i że bardzo szybko chcę to zabrać, ale Pan mówi nie tak szybko musze to wpisać i sprawdzić płyny a tam aż trzy butelki do sprawdzenia i zaczyna powili mozolnie butelka po butelce sprawdzać je. Trwa to całą wieczność, lecz w końcu oddaje mu całą tackę a ja staję przy wolnym stoliku i pakuje w sakwę co się da, resztę w rękę i bieg z powrotem do wyjścia, a tam już nikogo w kolejce Panie z obsługi pokazują mi, którędy mam się udać i pokazują żebym się pospieszył. A ja w połowie drogi wiedzę Asie z wózkiem i dziećmi idą sobie spokojnie z wyjścia od windy a za nimi Pani, która do windy nas prowadziła, pytam co się dzieje a ona mi odpowiada, że nie lecimy. Jak to nie lecimy? Ale Pani od windy mnie spostrzega i natychmiast zawraca Asię z powrotem do windy a ja po schodach i spotykamy się zaraz na dole już przy samolocie, my z dwójką dzieci wózkiem i wejściem priorytetowym wchodzimy do samolotu na końcu a bagaże przez to musimy trzymać pod siedzeniem nie było to zbyt wygodnie dla moich długich nóg, ale to i tak zawsze lepiej niż zostać w Hiszpani. Pytam się, żony o co chodziło z tym, że nie lecimy a ona mówi, iż Pani jej powiedziała, że skoro nie ma mnie to musi wybierać, czy leci, czy zostaje i ona się zdecydowała zostać. Nie była to za mądra decyzja, może nie tak nie głupia jak moja, żeby biegać po sakwę, ale jak bym został sam to koszt przebukowania jednego biletu był by o wile niższy niż czterech. Lot trochę się nam dłużył, Tymek pod koniec wyśpiewał swoją trzydziestominutową arię płaczu, Gabryś poznał kolegę Teosia, który siedział przed nim i prawie całą drogę bawili się rozmawiali oraz biegali po całym pokładzie samolotu. Po wylądowaniu z opóźnieniem wychodzimy z samolotu, my z Gabrysiem w Spodenkach a tu 5 stopni na plusie tylko a podczas powrotu z lotniska, z którego przywiózł nas Paweł, termometr w aucie przez chwilę pokazał nawet 0 stopni. W domu byliśmy około pierwszej w nocy, dzieci zasnęły szybko w aucie i do domu przenieśliśmy ich już na śpiocha i tak się zakończyła się nasza wyprawa.

Lekko nie było i były momenty, kiedy już wszyscy mieliśmy dość i chcieliśmy natychmiast znaleźć się w naszych ciepłych łóżkach. Lecz na pewno miło będzie się to wspominało a po za tym po takiej wycieczce człowiek zaczyna doceniać róże rzeczy, które ma na co dzień a ich wcale nie dostrzega jak wielkim darem są, jak choćby dach nad głową pod który codziennie wracasz i nie musisz się martwić, że go nie będzie czy woda, której nieraz było mało a nie wiadomo było, kiedy będzie.

Wnioski końcowe:

Pod górkę jedzie się o wile wiele ciężej niż po płaskim czy z górki

Lotnisko nie jest moim środowiskiem naturalnym

Kremem z filtrem należy smarować nawet uszy, bo z nich też schodzi skóra